Tłumaczyć we wspólczesnej wieży Babel

23/02/2015
Autor: 
Karol Chlipalski

Czy każdy, kto umie ładnie śpiewać, może występować w La Scali ? Czy każdy, kto dobrze prowadzi samochód, może wystartować w wyścigu Formuły I lub rajdzie klasy WRC ? O pracy tłumacza w Parlamencie Europejskim z Rafałem Wędrychowskim rozmawia Karol Chlipalski

Jak długo pracujesz jako tłumacz w Parlamencie Europejskim i przy Komisji Europejskiej?

Z Parlamentem Europejskim związany jestem w charakterze „wolnego strzelca” (ang. auxiliary conference interpreter, w skrócie ACI) od przełomu lat 2003/2004. Na krótko przed formalnym przystąpieniem Polski do UE pracowałem jako lektor podczas rekrutacji pierwszego składu polskich tłumaczy, zatrudnianych przez instytucje europejskie. Od wiosny 2004 r. pracuję regularnie jako tłumacz w Parlamencie Europejskim, zaś od czasu do czasu także w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości w Luksemburgu oraz innych instytucjach (Komitet Regionów, Europejski Komitet Ekonomiczno-Społeczny). Praca dla instytucji europejskich to rzecz jasna zajęcie bardzo interesujące i prestiżowe, jednak dzięki statusowi „wolnego strzelca” mogę w dalszym ciągu pracować także na tzw. wolnym rynku w Polsce, Niemczech i innych krajach, czyli robić nadal to, czym zajmowałem się przez niemal 15 lat przed 2004 rokiem.

Z jakich języków tłumaczysz?

O tym, jakimi językami operuje tłumacz konferencyjny, informuje tzw. kombinacja językowa. Do określenia stopnia znajomości danego języka używa się symboli literowych: A, B i C. Język A to język ojczysty (lub inny ściśle mu odpowiadający), język B to z kolei język obcy, opanowany w stopniu doskonałym, pozwalającym na swobodne tłumaczenie nań z języka ojczystego. Języki C to języki, opanowane przez tłumacza w stopniu co najmniej biernym, z których tłumaczenie odbywa się z reguły na język A. System ten sprawia wrażenie dość skomplikowanego, więc łatwiej przedstawić go na konkretnym przykładzie: Moja kombinacja językowa (na użytek instytucji europejskich) to: A: PL (polski: język ojczysty) B: DE (niemiecki: pierwszy język obcy, na który także mogę tłumaczyć) C: EN, NL, RU (angielski, niderlandzki, rosyjski: języki bierne, z których tłumaczę na polski, lecz nie opanowałem ich na tyle dobrze, by móc tłumaczyć na nie z polskiego) W praktyce oznacza to, że tłumaczę z niemieckiego na polski i z polskiego na niemiecki, a także z angielskiego, niderlandzkiego i rosyjskiego na polski. Wśród moich koleżanek i kolegów jest sporo osób, tłumaczących ze znacznie większej liczby języków (niektórzy mają w kombinacji aż 7-8 języków C). Znam też kilka osób, dysponujących dwoma językami B, czyli potrafiącymi tłumaczyć równie swobodnie z języka polskiego przykładowo na angielski lub niemiecki. Takie osoby to jednak raczej godny podziwu ewenement.

Jak się zostaje tłumaczem w PE i KE? Jakie kwalifikacje trzeba posiadać? Jak to było w Twoim przypadku?

W instytucjach europejskich pracują dwie grupy tłumaczy ustnych. Pierwszą z nich stanowią tłumacze etatowi, zatrudnieni na podstawie umowy o pracę. Nabór pracowników na te stanowiska odbywa się, podobnie jak na inne stanowiska administracyjne w instytucjach UE, w formie otwartego konkursu. Drugą grupę stanowią „wolni strzelcy”, zatrudniani z mniejszą lub większą regularnością na kilkudniowe kontrakty. Aby zostać takim tłumaczem, zarejestrowanym we wspólnej bazie danych instytucji europejskich, trzeba zdać test akredytacyjny. Jest to egzamin praktyczny, podczas którego kandydaci muszą wykazać się umiejętnością tłumaczenia symultanicznego i konsekutywnego w zadeklarowanej kombinacji językowej. Oczywiście do testów dopuszczane są wyłącznie osoby, potrafiące wykazać się odpowiednim wykształceniem, kwalifikacjami i doświadczeniem, zaś sito wstępnej kwalifikacji jest naprawdę gęste. Do testu akredytacyjnego przystępowałem w 2000 r., będąc już tłumaczem konferencyjnym z około dziesięcioletnim stażem. Zdobyłem wówczas akredytację z języka niemieckiego na polski i w kombinacji odwrotnej, zaś w kolejnych latach „dodawałem” do tej skromnej jak na warunki europejskie kombinacji dalsze języki. Począwszy od 2004 roku pracuję dla instytucji europejskich przeciętnie kilkadziesiąt dni w roku (Na stronach internetowych służb tłumaczeniowych instytucji europejskich znaleźć można szczegółowe informacje o wymogach i procedurach rekrutacyjnych: PE: http://europa.eu/interpretation/index_pl.htm KE: http://ec.europa.eu/dgs/scic/become-an-interpreter/index_pl.htm)

Jak jest zorganizowana praca tłumaczy w KE/PE?

Każda z tych instytucji dysponuje własnymi służbami tłumaczeniowymi, które w niektórych sprawach, takich jak rekrutacja personelu czy planowanie, współpracują ze sobą bardzo ściśle. W Parlamencie Europejskim organizacją tłumaczeń ustnych zajmuje się DG INTE, czyli Dyrekcja Generalna Parlamentu Europejskiego ds. Tłumaczeń Ustnych i Konferencji. Warto wspomnieć, że za tłumaczenia pisemne odpowiadają całkowicie odrębne służby. Ale wróćmy do tłumaczeń ustnych – wspomniana DG INTE zatrudnia na stałe ponad 300 tłumaczy ustnych, do tej liczby dodać należy blisko 1800 tłumaczy akredytowanych, czyli „wolnych strzelców”. Podczas sesji Parlamentu do dyspozycji służb tłumaczeniowych pozostaje kilkaset, czasami nawet do 1000 osób. Trzeba pamiętać, że w tej chwili w Parlamencie Europejskim używa się 24 języków urzędowych, co daje łącznie 552 możliwych kombinacji. Już choćby te liczby sugerują, że służby tłumaczeniowe takiej instytucji muszą działać szybko, skutecznie i niezawodnie, niczym dobrze naoliwiony mechanizm, choć to porównanie w epoce cyfrowej nie brzmi już zbyt adekwatnie… Zadaniem służb tłumaczeniowych jest zarówno prognozowanie i planowanie zapotrzebowania na tłumaczy i tłumaczenia, jak i przydział składów poszczególnych kabin na konkretne posiedzenia, co biorąc pod uwagę dynamikę wydarzeń parlamentarnych nie jest sprawą łatwą. Wszystko działa jednak bez zarzutu. Wróćmy jeszcze na chwilę do wspomnianej liczby kombinacji językowych, za sprawą której Parlament Europejski określany bywa mianem współczesnej wieży Babel. Ta liczba rzeczywiście robi wrażenie, zwłaszcza gdy uzmysłowimy sobie, że w całej Europie na palcach jednej ręki policzyć można byłoby osoby, potrafiące zapewnić profesjonalny przekład symultaniczny na przykład z fińskiego na rumuński czy ze słoweńskiego na portugalski. Obawiam się nawet, że na przykład z maltańskiego na estoński czy z łotewskiego na chorwacki nie potrafi tłumaczyć dosłownie nikt !

Jak wobec tego posłanka z Tallina zrozumie wypowiedź swego kolegi z La Valetty ?

Podczas posiedzeń PE funkcjonuje system języków posiłkowych (pivot / relay langugage) . W praktyce wygląda to tak, że słysząc wypowiedź w obcym dla siebie języku tłumacz musi posiłkować się przekładem na inny, bardziej powszechnie znany język, „podsłuchując” koleżanki lub kolegów z innych kabin. Wymaga to pewnej wprawy i szybkiej orientacji, funkcjonuje jednak niezawodnie, o czym może przekonać się każdy niedowiarek, śledząc internetowe transmisje z sesji plenarnych, a także posiedzeń komisji Parlamentu Europejskiego.

Przychodzisz rano do PE i co dalej?

Hmm, niekoniecznie rano… Podczas niedawnej sesji PE w Strasburgu przypadło mi w udziale tłumaczenie sesji wieczornej, rozpoczynającej się o 21. Ale to raczej wyjątkowa sytuacja, rzeczywiście większość posiedzeń komisji i grup politycznych, a także sesji plenarnych startuje o 9 rano. Przychodząc do pracy każdy tłumacz wie, jakie posiedzenie będzie tłumaczyć w danym dniu. Program pracy na konkretne dni dostępny jest z reguły z co najmniej kilkudniowym, nierzadko kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Tłumacze zapoznają się ze swym programem poprzez specjalne strony internetowe lub dzwoniąc na telefoniczną infolinię. Jeszcze kilka lat temu większość tłumaczy kierowała się po wejściu do budynku do specjalnego pomieszczenia, gdzie na wielkich arkuszach papieru wywieszano aktualizowany dwa razy dziennie program pracy służb tłumaczeniowych, pozwalający tłumaczom zorientować się w ich przydziale. Ten system działa zresztą nadal, jednak głównym źródłem informacji o programie pracy są aplikacje informatyczne. Mówiąc krótko: wchodząc do budynku wiem, że w danym dniu tłumaczę np. posiedzenie Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumenta, która obraduje w sali ASP 3G3. Wiem też, kto będzie towarzyszył mi w kabinie (pracujemy w składach 2-4 osobowych, w zależności od czasu trwania posiedzenia) i w jakim układzie językowym odbywa się spotkanie. Oczywiście jestem także przygotowany do pracy pod względem merytorycznym, ponieważ wcześniej przestudiowałem porządek obrad posiedzenia i dokumenty, które będą przedmiotem debaty czy głosowania. Większość z nich dostępna jest w intranecie, nierzadko w większości wersji językowych. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak wejść do kabiny, przywitać się z koleżankami i kolegami i … brać się do pracy.

Czy każdy, kto zna dobrze język niemiecki, może zostać tłumaczem kabinowym i tłumaczyć np. Angelę Merkel? Jakie dodatkowe predyspozycje, albo wiedzę trzeba posiadać?

Korci mnie, by „przetłumaczyć” to pytanie na odrobinę inne, choć może bardziej obrazowe realia i zapytać: Czy każdy, kto umie ładnie śpiewać, może występować w La Scali ? Czy każdy, kto dobrze prowadzi samochód, może wystartować w wyścigu Formuły I lub rajdzie klasy WRC ? To pytania cokolwiek retoryczne. Do tłumaczenia symultanicznego potrzebna jest nie tyle dobra, co naprawdę biegła znajomość obu języków – wyjściowego i docelowego. Ale to oczywiście nie wszystko, ponieważ potrzebne jest także opanowanie niełatwej techniki samego tłumaczenia i kwestia, pojawiająca się w tej wyliczance na końcu, będąca jednak sprawą absolutnie elementarną: Kwalifikacje tłumaczy „słowa żywego” są z reguły proporcjonalne do stopnia ich wykształcenia ogólnego, otwartości na świat, swoistej „chłonności” informacyjnej. Ta kombinacja czynników sprawiających, że ktoś może być dobrym tłumaczem, pozwala przypuszczać, że do wykonywania tego zawodu konieczne są pewne predyspozycje. W tym miejscu warto wrócić do zacytowanego wcześniej porównania z wyścigami czy rajdami samochodowymi. O tym, czy możemy aspirować do miana mistrza kierownicy, możemy przekonać się dość łatwo, wcielając się w rolę Lewisa Hamiltona czy Roberta Kubicy przed ekranem komputera lub PlayStation. Nie inaczej jest z tłumaczeniem symultanicznym. Tłumaczenie Angeli Merkel lub Baracka Obamy ? Nic prostszego ! Wystarczy znaleźć w internecie zapis jakiegokolwiek publicznego wystąpienia kogoś z „możnych tego świata”, podłączyć słuchawki i … do dzieła ! To samo ćwiczenie przeprowadzić można, śledząc transmisje z obrad Parlamentu Europejskiego. Można, a nawet warto ułatwić sobie pierwsze próby, słuchając najpierw całości lub fragmentów wystąpienia. Dla oceny własnych dokonań najlepiej nagrać je, korzystając z mikrofonu. W ten sposób każdy, kto rozważa karierę tłumacza konferencyjnego, może sprawdzić swe siły dzięki zaimprowizowanej w ten sposób Interpreting PlayStation.

Czy pracy w kabinie towarzyszy duży stres?

Wielokrotnie czytałem o tym, jakoby stres tłumacza kabinowego porównywalny był z poziomem napięcia u kapitana wielkiego samolotu pasażerskiego podczas startu lub lądowania. W ciągu ostatnich miesięcy kilkakrotnie „padłem ofiarą” licznych ostatnio strajków pilotów niektórych linii lotniczych, walczących o utrzymanie swoich przywilejów zawodowych. O strajkach tłumaczy konferencyjnych niewiele słychać, więc chyba nie jest aż tak źle… Mówiąc poważnie, pewna zdrowa dawka emocji może podziałać bardzo mobilizująco.

Czy często zdarza Ci się, że jesteś zaskoczony jakimś słowem czy terminem, którego nie znasz? Trudno przecież znać fachową terminologię związaną zarówno z połowem makreli w Zatoce Biskajskiej i równocześnie organizacji systemu opieki zdrowotnej w Estonii.

To chleb powszedni w pracy tłumacza kabinowego, zwłaszcza w miejscach tak „wielowątkowych” jak instytucje europejskie. Nasza praca w duże mierze polega na tym, by przygotować się do pracy w kabinie na tyle dobrze, by nie dać się zaskoczyć. Jedną z umiejętności, które zdobywa się stopniowo wraz z upływającymi latami praktyki, jest zdolność antycypacji. Rzecz w tym, by nawet posiadając niepełne informacje na temat posiedzenia, które przyjdzie nam tłumaczyć, umieć przewidywać ewentualne trudności terminologiczne. Oczywiście pracując dla Parlamentu Europejskiego tłumacze wiedzą z reguły z pewnym wyprzedzeniem, co ich czeka – wybierając się na posiedzenie Komisji Rybołówstwa wiem, że mało prawdopodobna tam jest debata o wspomnianym systemie opieki zdrowotnej w Estonii, zaś przykładowo Komisja Kobiet i Równouprawnienia raczej nie będzie zajmować się kwestią negatywnego wpływu narzędzi połowowych ciągnionych na stan dna morskiego. Przygotowując się do poszczególnych posiedzeń tłumacze studiują specjalistyczne dokumenty, zaś do wyszukiwania ekwiwalentów terminologicznych w różnych językach przydają im się rozmaite glosariusze – wielojęzyczne słowniki tematyczne, opracowywane zresztą z reguły przez samych tłumaczy. Coraz liczniejsi tłumacze, zwłaszcza młodszego pokolenia, nie wyobrażają sobie w ogóle pracy bez laptopa lub tabletu, umożliwiającego szybkie sprawdzenie znaczenia np. jakiegoś skrótu czy fachowego terminu, zwykle jednak po to, by podpowiedzieć coś tłumaczącym w danej chwili koleżankom lub kolegom. Są jednak i tacy, którzy twierdzą, że stałe pozostawanie w trybie online bardziej przeszkadza, niż pomaga w pracy.

Jakich tematów nie lubisz?

Kilka lat temu obsługiwałem polsko-niemieckie kongresy farmaceutyczne – było to znacznie trudniejsze zadanie, niż praca podczas specjalistycznych konferencji medycznych, gdyż te ostatnie z reguły mają dość wąski zakres tematyczny. Kardiochirurdzy raczej nie debatują o chorobach skóry, zaś psychiatrów nieszczególnie interesują implanty stomatologiczne, więc tłumaczowi łatwiej przygotować się do operowania terminologią z danej dziedziny. Tymczasem podczas prezentacji rozmaitych mechanizmów działania i skutków ubocznych oddziaływania substancji czynnych, zawartych w lekach, mogły pojawić się (i pojawiały się…) nazwy wszelkich możliwych organów i układów ludzkiego organizmu oraz najrozmaitszych schorzeń i zaburzeń, co wymagało od tłumacza naprawdę sporej orientacji w różnych gałęziach medycyny. Tym większa była też satysfakcja z zasłyszanych w kuluarach pozytywnych komentarzy, wszystko to odbywało się jednak kosztem dwutygodniowego przygotowywania się do dwudniowej konferencji. Samo to sprawia, że trudno „zaprzyjaźnić się” z taką tematyką, zwłaszcza jeśli ma się z nią do czynienia jednak dosyć nieregularnie, a więc i „zwrot z inwestycji” jest raczej skromny…

A jakie tematy lubisz i czujesz się najlepiej tłumacząc?

Najłatwiej i najprzyjemniej tłumaczy się coś, co nas samych także interesuje. W moim przypadku to tematyka historyczna, głównie historia najnowsza, szczególnie zaś problematyka polityczna i społeczna, a także dziedzictwo materialne i kulturowe historycznego pogranicza polsko-niemieckiego. Takich seminariów i konferencji tłumaczę dość sporo, i to z nieustającym zainteresowaniem. Oczywiście miło tłumaczy się także imprezy, związane z nieco mniej wyrafinowanymi zainteresowaniami – jako zapalony kibic piłkarski bardzo cieszyłem się, mogąc kilkakrotnie tłumaczyć konferencje prasowe, towarzyszące meczom, tym bardziej, że wcześniej należało taki mecz na żywo obejrzeć w ramach solidnego przygotowania się do samego tłumaczenia. Jeden z kolegów-tłumaczy wielokrotnie wspominał, że jego wymarzonym zleceniem byłoby tłumaczenie podczas światowego kongresu top-modelek, ale obawiam się, że mógłby zbyt mocno skupić się na kwestiach pozamerytorycznych… Warto dodać, że o łatwości i atrakcyjności zadania tłumaczeniowego przynajmniej w takim samym stopniu, jak sam temat, decyduje forma i sposób jej prezentacji przez mówców. Wielokrotnie zdarzyło mi się tłumaczyć osoby, wypowiadająca się na tematy z pozoru nieciekawe w sposób tak pasjonujący, że tłumaczenie ich było czystą przyjemnością. Całkiem sporo przeżyłem także sytuacji zgoła odmiennych, kiedy to temat był klasycznym „samograjem”, jednak mówca zmarnował tę szansę, odczytując monotonnym głosem utrzymany w hermetycznym, pseudo-akademickim stylu wywód, ku rozczarowaniu całego audytorium, zwłaszcza zaś tłumaczy.

Kogo ze znanych i możnych tego świata tłumaczyłeś?

Także w tej kwestii rok 2004 stanowi dla mnie dość znaczącą cezurę, o ile bowiem do tego czasu skrupulatnie odnotowywałem w kalendarzu, kogo znacznego miałem okazję spotkać, o tyle po rozpoczęciu pracy dla PE możliwość tłumaczenia ludzi naprawdę znanych stała się czymś zwyczajnym. Jeśli na korytarzu parlamentarnym można kilka razy w ciągu dnia minąć się z którymś z komisarzy, a nierzadko również szefem rządu wielkiego kraju, Dalajlamą czy laureatem Oscara, po jakimś czasie tłumaczenie „wielkich ludzi” traktuje się oczywiście jako zaszczyt, ale jednocześnie coś zupełnie normalnego. Znacznie bardziej zapadają w pamięć spotkania bezpośrednie, podczas rozmów w cztery oczy, kiedy kontakt z rozmówcami jest bardziej bezpośredni, niż podczas tłumaczenia kabinowego. Takich spotkań na najwyższym szczeblu miałem również całkiem sporo – dość powiedzieć, że od 1990 roku miałem zaszczyt tłumaczyć w różnych okolicznościach - czy to podczas spotkań protokolarnych, czy też wystąpień publicznych - wszystkich urzędujących w tym czasie prezydentów Polski i Niemiec, a także szefów rządów obu krajów. Całkiem świeżej daty „spotkanie z ciekawym człowiekiem” przeżyłem miesiąc temu. Miałem okazję tłumaczyć wystąpienie Michaiła Chodorkowskiego przed Komisją Spraw Zagranicznych PE. Muszę przyznać, że jego osobowość i charyzma robią spore wrażenie.

Największa wpadka?

Najczęściej bywa tak, że o wpadkach rutynowanych tłumaczy wiedzą tylko oni sami, ewentualnie partnerzy z kabiny. Sztuka polega na tym, by ewentualnej wpadki nie odnotowali słuchacze. Skoro dotąd udawało mi się wyjść bez szwanku z takich sytuacji, niech i te wpadki pozostaną moją słodką tajemnicą… Inna rzecz, że nie przychodzi mi do głowy nic szczególnie spektakularnego. Niekiedy zdarzają się dość zabawne przejęzyczenia lub nieporozumienia biorące się z pomyłek mówców, ale ich komizm ma charakter typowo sytuacyjny. Bywa i tak, że tłumacz musi na chwilę wyjść z kabiny, by „odśmiać się” po jakimś lapsusie kolegów lub swoim własnym. Mniej zabawne są natomiast wpadki mówców, potrafiących np. pomylić Radę Europy z Radą Europejską, ale to już zupełnie inna historia.

Największy sukces?

Jedną z największych zalet pracy tłumacza konferencyjnego jest możliwość uzyskania natychmiastowego potwierdzenia dobrej jakości wykonywanej pracy. Nie zawsze chodzi tu zresztą o docenienie kwalifikacji tłumacza przez słuchaczy czy kolegów z innych kabin – najczęściej za nagrodę może i musi wystarczać poczucie, że wykonało się swoją pracę naprawdę dobrze, przekazując treść i klimat wystąpienia w sposób maksymalnie zbliżony do oryginału. Takie poczucie sukcesu to naprawdę spora przyjemność. Czasami zdarza się też, że po oficjalnym wystąpieniu kogoś znaczącego do kabiny tłumaczy przychodzą reporterzy radiowi lub telewizyjni z pytaniem, gdzie mogą zdobyć egzemplarz przemówienia, którego właśnie wysłuchali. Słysząc, że tłumaczenie pisemne jeszcze nie istnieje, zaś przekład odbywał się a vista, nie chcą wierzyć i podejrzewają tłumacza o złą wolę. Taka sytuacja to dla tłumacza spory komplement.

A może podzielisz się jakąś anegdotka związaną z pracą w kabinie albo KE/PE?

Anegdota ta nie wiąże się bezpośrednio z moją pracą dla instytucji europejskich, gdyż sytuacja ta miała miejsce podczas pewnego kongresu naukowego w Polsce, natomiast obrazuje ona w dość dobry sposób fakt, że tłumacz może niekiedy pełnić rolę kozła ofiarnego lub swoistego „piorunochronu”. Otóż zdarzyło się, że podczas dyskusji po jednym z referatów dość mocno zaiskrzyło pomiędzy referentem a jednym z dyskutantów. Obaj posługiwali się językiem niemieckim i mocno spierali się na temat jakiegoś rzekomego sformułowania, które miało paść podczas odczytu. Referent twierdził, że z jego ust cytowane słowa nie padły, zaś dyskutant upierał się przy swoim zdaniu. Wreszcie zrezygnowany już nieco mówca, chcąc zapewne szybko zakończyć tę dość jałową debatę stwierdził, że najprawdopodobniej doszło do przekłamania w trakcie tłumaczenia. Na szczęście jeden z polskich uczestników zachował przytomność umysłu i zauważył: „- Ale przecież panowie posługujecie się tym samym językiem.” Dyskutanci byli mocno skonfundowani, zaś przewodniczący obradom zasugerował, by swe debaty kontynuowali w kuluarach. Tym razem nie udało się zwalić winy na rzekomy błąd w tłumaczeniu…

Dziękuję za rozmowę.